01 Gru

Lądowanie u Masajów

Lądowanie u Masajów

To była moja pierwsza daleka podróż. Był 1995 rok. To był ostatni rok studiów i pomyślałem że fajnie byłoby przed pójściem do pracy zrobić coś wyjątkowego. Pięć lat studiów na Geologii przeleciało jak jeden dzień.

Nawet nie zauważyłem kiedy rozpocząłem prace magisterską, która polegała na ocenie degradacji środowiska Kazimierskiego Parku Krajobrazowego. Chciałem zrobić coś szalonego, wyjątkowego coś co zapamiętam na wszystkie lata. Wymyśliłem więc wyprawę “Na Kilimanjaro”.

Lądowanie u masajów

Od wielu lat latałem na paralotni, pomyślałem że wezmę ze sobą skrzydło i spróbuję polatać w Afryce. Wtedy nie miałem pojęcia, że będę odwiedzał ten kontynent jeszcze przez następne kilkanaście lat.

Wyruszyliśmy na wyprawę w trzech:  Ja, Jacek i Mirek,  trzech przyjaciół z jednego roku studiów. Żeby pojechać na wyprawę sprzedałem samochód (Volkswagen “garbus” z 1973 roku). Jacek wynajął swoją kawalerkę i przeniósł się do rodziców, a Mirek zapożyczył się u rodziny.

W czasie tej sześciotygodniowej wyprawy działy się różne ciekawe rzeczy. Ale chcę opowiedzieć o jednej bardzo wyjątkowej historii.

W trzecim tygodniu naszej wyprawy dotarliśmy nad jezioro Wictorii.

Jezioro Wictorii zaliczane jest do tzw. Wielkich Jezior Afrykańskich. Jego wody podzielone są między trzy państwa: KenięUgandę i Tanzanię. Zajmuje powierzchnię 68,8 tys. km², co sprawia, że pod względem powierzchni jest to największe jezioro Afryki i największe tropikalne jezioro świata, a także drugie słodkowodne jezioro świata, a trzecie na świecie jeśli brać pod uwagę wszystkie jeziora, łącznie ze słonymi. Pod względem objętości zajmuje ósme miejsce na świecie. Źródło https://pl.wikipedia.org/wiki/Jezioro_Wiktorii

Podróżowaliśmy autostopem, ponieważ na całą wyprawę na 6 tygodni, każdy z nas miał zaledwie 600 USD. Ten ograniczony budżet zmuszał nas do patrzenie na dolara z każdej strony. Kiedy było to tylko możliwe, korzystaliśmy z uprzejmości tubylców, żeby przemieścić się z punktu A do punktu B. Nad jezioro Wictorii dotarliśmy już późnym wieczorem. Znaleźliśmy miejsce w bardzo tanim hotelu i zmęczeni po dwudniowej podróży poszliśmy spać.

Rano gdy się obudziłem zobaczyłem przed sobą wspaniałe wzgórza i od razu pomyślałem, że to dobra okazja, żeby polatać na paralotni. Przez większość wyprawy miałem skrzydło ze sobą. Ciągle je targałem, bo pomyślałem że jak tylko nadarzy się okazja, to będę wchodził na jakiś szczyt i będę latał. No cóż teraz wydaje mi się to dziwne, ale wtedy tak nie myślałem. Perspektywa zmienia się w miarę upływu czasu i punktu siedzenia. W czasie śniadania zakomunikowałem moim kolegom, że wybieram się polatać na paralotni z najbliższego wzgórza, które było na wyciągnięcie ręki. Odpowiedzieli żebym poczekał i żebyśmy wszyscy zjedli śniadanie i poszli razem.

Lądowanie u masajówWdrapałem się na wzgórze skąd rozciągał się wspaniały widok na całe jezioro Wictorii. Warunki były wyśmienite, stały wiatr od jeziora 2-4 m/s. Pomyślałem, że będzie można fajnie pochodzić na żaglu. To znaczy wietrze, który odbija się od wzgórza i tworzy prąd wznoszący na całej długości zbocza. Można wtedy szybować w lewo i prawo tak jak ukształtowane jest zbocze.

Rozłożyłem paralotnię, napiąłem linki, założyłam uprząż i nałożyłem kask. Kiedy wszystko było gotowe postawiłem paralotnię do pionu i od razu po kilku krokach wzbiłem się w powietrze. Postanowiłem zrobić pierwszy lot zapoznawczy. Pierwszy raz w nowym miejscu to zazwyczaj lot zapoznawczy. Taki lot ma przygotować paralotniarza do zapoznania się z ukształtowaniem terenu, z ukształtowaniem wiatru, turbulencji.

Wiatr poderwał mnie do góry i wzniosłem się ponad wzgórze. Poleciałem delikatnie w lewą stronę, potem zawróciłem i poleciałem w prawą stronę. Było cudownie. W powietrzu nie czuło się upału. Na zewnątrz było ok 28 stopni Celsiusza. Kołysałem się w powietrzu niczym orzeł. Przede mną rozciągało się jezioro, które wyglądało jak morze. Napawałem się majestatycznym widokiem i przestrzenią. Zrobiłem jeszcze 2 zwroty i pomyślałem, że znowu zakręcę w lewo i zobaczę jak daleko ten wiatr daje noszenie?

Lądowanie u Masajów

No niestety, nie była to najlepsza decyzja. Kiedy dotarłem do krawędzi zbocza, straciłem noszenie i lotem ślizgowym zbliżałem się do ziemi. Musiałem szybko lądować. Niestety pode mną była wioska Masajów. Trudno było znaleźć kawałek miejsca do lądowania. Bardzo bałem się żeby nie wylądować na dachu któregoś z małych domków, ponieważ mógłbym zburzyć całą chatę. Wolałbym nie wiedzieć co wtedy zrobili by ze mną mieszkańcy wioski.

Masajowie jako lud koczowniczy, a później półkoczowniczy, budując domy, polegają na lokalnych, łatwo dostępnych materiałach i miejscowej technologii. Tradycyjny masajski dom jest skonstruowany dla ludzi, którzy ciągle się przemieszczają, więc jego trwałość jest bardzo mała. Manyatty (chaty) mają kształt owalu lub koła i są budowane przez kobiety. Szkielet domu jest budowany z drewnianych tyczek, wbitych bezpośrednio w ziemię i przeplecionych mniejszymi gałązkami. Taka konstrukcja jest następnie oblepiana mieszanką błota, trawy, krowiego gnoju i moczu oraz popiołu. Manyatta jest mała (3 × 5 m), a jej wysokość wynosi 1,5 m. Na tej niewielkiej przestrzeni rodzina gotuje, je, śpi, prowadzi życie towarzyskie i przechowuje żywność, paliwo oraz wszystko, co posiada. Źrodło https://pl.wikipedia.org/wiki/Masajowie

Zobaczyłem szansę, po środku wioski wiła się ścieżka, na której mógłbym wylądować. Nie zastanawiałem się długo bo byłem coraz bliżej ziemi. Wylądowałem po środku ścieżki. Pośpiesznie zaczęłam zwijać paralotnie, ponieważ nie miałem oficjalnego zaproszenia do wioski Masajów.

Społeczeństwo Masajów jest silnie patriarchalne. Większość ważnych dla grupy decyzji jest podejmowana przez starszych mężczyzn. Prawo oralne, które obowiązuje Masajów, reguluje większość sytuacji. Formalnie kara śmierci nie jest stosowana i jako zadośćuczynienie wystarczy zazwyczaj zapłata w bydle lub przeprosiny.

No cóż, nie miałem bydła żeby przeprosić za zaistniałą sytuację, więc byłem lekko przerażony. Wstałem i zobaczyłem kątem oka, że biegnie do mnie grupa ludzi. Teraz to już byłem całkowicie przerażony. Pierwsza myśl jaka pojawiła się w moim umyśle: „to lincz”. W takich sytuacjach człowiek reaguje instynktownie jednym z 4 znanych mechanizmów obronnych: atak, znieruchomienie, ucieczka lub automatyzm. Mój organizm wybrał drugą reakcję. Zamarłem. Biegli do mnie młodzi mężczyźni, wojownicy, starcy, kobiety i dzieci. Przez chwilę życie przebiegło mi jak trailer “Gwiezdnych Wojen”. Zobaczyłem całe swoje życie w ułamku sekundy.

Nagle tłum się zatrzymał. Nie zdążyłem jeszcze spakować paralotni, kiedy tłum się rozstąpił i na drugim końcu ścieżki pojawił się starszy mężczyzna.

  • Powiedział w moim kierunku JUMBO BWANA, co w suahili oznacza Cześć! / Jak się masz? (uniwersalne pozdrowienie, dosł. „Problemy?”) BWANA – to Pan
  • Odpowiedziałem JUMBO Cześć! / Wszystko w porządku. (odpowiedź na pozdrowienie, dosł. „Żadnych problemów”)
  • Zapytał ponownie HABARI ? – Co słychać? / Co nowego?
  • Odpowiedziałem MZURI – Świetnie (odpowiedź)

Dalej starszy Pan mówił w języku suahili ale już nic z tego nie rozumiałem. W ciągu trzech tygodni nauczyliśmy się podstawowych słów ale to wykraczało już poza moje możliwości. Jedyne co mogłem wtedy zrobić to przyjąć skruszoną minę i czekać na rozwój sytuacji. Nieoczekiwanie pojawił się młody mężczyzna, który zaczął tłumaczyć to co mówi starszy Pan na język angielski.

Powiedział że starszy Pan jest wodzem wioski i zaprasza mnie do siebie, ponieważ jestem aniołem i zleciałem z nieba.

Lądowanie u Masajów

Po tych słowach napięcie znacznie zeszło w dół. Myślałem, że to już moje ostatnie chwile ale jak się okazało wódz wioski wziął mnie za anioła.

Zacząłem tłumaczyć, że nie jestem aniołem tylko latam na paralotni. Tłumaczyłem że zabrakło wiatru i musiałem gdzieś wylądować – za co bardzo przepraszam. Młody mężczyzna tłumaczył wodzowi moje słowa. Po chwili wódz zaproponował, żebym został ich gościem w wiosce, żebym zamieszkał z nimi kilka dni. Ponowił zaproszenie i czekał na moją reakcję. Odpowiedziałem że mam jeszcze dwóch kolegów, którzy stoją na szczycie i pewnie martwią się o mnie. Starszy Pan zaproponował, że zaprasza również moich przyjaciół, że wszyscy jesteśmy mile widziani. Popatrzyłem na kolegów, którzy machali z góry. Zacząłem machać do nich krzyczeć że nic mi nie jest. Koledzy nie słyszeli dokładnie, martwili się i zaczęli schodzić na dół by dowiedzieć się co się stało. Mieszkańcy wioski zaczęli ich serdecznie witać i tłumaczyć słowa Wodza. Ja zacząłem zdawać im relacje z zaistniałej sytuacji.

Niewiele myśląc ustaliliśmy, że to świetny pomysł. Będziemy mogli zobaczyć jak wygląda prawdziwe życie wiosce masajskiej. Nie było to typowa ustawka dla turystów organizowana przez Tour Operatora, tylko prawdziwa wizyta na zaproszenie samego wodza.

Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. Wróciliśmy z niektórymi z mieszkańców wioski do hotelu. Spakowaliśmy rzeczy, rozliczyliśmy się za nocleg i z bagażami udaliśmy się w asyście mieszkańców do wioski. Cały czas towarzyszył nam młody człowiek który świetnie mówił w języku angielskim. Kiedy przybyliśmy do wioski, czekał wodzu, który wyznaczył miejsce na rozbicie namiotu. Dodatkowo wódz przydzielił nam ochroniarza z dzidą, który przez większość dnia miał mieć na oku namiot i nasze bagaże.

W wiosce spędziliśmy cały tydzień. Razem z mieszkańcami chodziliśmy na połów ryb, następnego dnia pokazywałem jak się lata na paralotni, potem razem gotowaliśmy. My przyrządziliśmy rybę po europejsku a mieszkańcy zrobili rybę po masajsku. W tak miłej atmosferze spędziliśmy całe siedem dni w wiosce masajskiej.

A wszystko, dzięki temu że straciłem noszenie.

Zdjęcie pochodzi z serwisu https://pixabay.com/pl/

 

Napisz, co sobie bierzesz z tej historii?

„Pomogę urzeczywistnić Twój pierwszy krok w dokonaniu zamierzonej przez Ciebie zmiany”

Coach i Mentor EMCC z akredytacją EIA na poziomie practitioner, trener i menedżer z 20 letnim doświadczeniem. Robert Łężak uczy zawodu Coacha w Norman Benett Academy na studiach podyplomowych w Akademii Leona Koźmińskiego i Szkole Głównej Handlowej.